Zastanawialiście się kiedyś, czy istnieje jakiś plan minimum na psa? Takie, wiecie, podstawy, które wystarczą, żeby uznać psa za wystarczająco grzecznego?
Zazwyczaj, zadając takie pytania, usłyszymy, że wystarczy, żeby wracał na zawołanie, żeby dogadywał się z innymi psami i ludźmi, ale nie podbiegał do nich sam, żeby można go było bezpiecznie puścić ze smyczy. I jeszcze żeby nie trzeba było zawsze biegać ze smaczkami/zabawkami/linką.

Szybko więc odchodzimy do wniosku, że to „bare minimum”, to… Po prostu pies samodzielny!

Czyli jaki?

Psiaki o prawidłowo rozwiniętej autonomii potrafią same regulować własne emocje, znają różne sposoby radzenia sobie i elastycznie z nich korzystają. Potrafią kreatywnie rozwiązywać napotkane problemy (oczywiście biorąc pod uwagę zdolności poznawcze gatunku!). Potrafią również w miarę samodzielnie regulować czas odpoczynku i aktywności i przy zaspokojonych wszystkich potrzebach, raczej nie wymagają szczególnej uwagi ze strony przewodników.

To takie trochę psiaki samograje! Chociaż wcale nie musi to oznaczać, że ten psiak sobie żyje własnym życiem, gdzieś obok człowieka.
W zasadzie, to wręcz nie powinno tak wyglądać 😉

Za to powinniśmy widzieć, że sytuacje, kiedy to człowiek musi przejąć pełną kontrolę nad sytuacją zdarzają się stosunkowo rzadko i w raczej obiektywnie trudnych warunkach.

 

A jak zrobić takiego autonomicznego psa?

Przede wszystkim: czas! Czas i dojrzewanie. Psiak musi być fizjologicznie gotowy na podjęcie odpowiedzialności za siebie. I nie mówimy tu absolutnie o wielkości czy wadze – dużo ważniejszy jest stopień dojrzałości układu nerwowego i emocjonalnego. Warto więc przygotować się na to, że budowanie autonomii u naszego szczeniaka potrwa minimum dwa-dwa i pół roku. Czyli mniej więcej tyle, ile okres dojrzewania.

W przypadku dorosłych, adoptowanych psiaków też czas może być krótszy, ale oczywiście zależy od drugiej, szalenie istotnej zmiennej!

Dotychczasowe doświadczenia

Najczęstszymi przyczynami nie do końca rozwiniętej samodzielności u psów dorosłych są dwa zjawiska: wyuczona bezradność i/lub uzależnienie od przewodnika.

Wyuczona bezradność na ogół pojawia się w wyniku powtarzających się, nieprzyjemnych doświadczeń, których pies nie może uniknąć mimo podejmowanych prób. To często obraz tego tuptającego smutno owczarka po prehistorycznej „tresurze”, który może i idzie „grzecznie” przy nodze przewodnika, ale poza tym nie bardzo w ogóle reaguje na świat zewnętrzny. Ale równie dobrze, może to być obraz psa do „dogoterapii”, który jak pacynka leży na podłodze, kiedy dziecko się do niego przytula, czy układa mu literki w futrze. Czy też obraz psa, który całe dotychczasowe życie spędził np. w schronisku, czy doświadczał bardzo częstej przemocy. I tak dalej i dalej.
W zasadzie to, co łączy psy, które znajdują się w tym stanie, to po prostu bierność, depresyjność, trochę bycie takim „niewidzialnym dzieckiem”, o którym łatwo zapomnieć.

Uzależnienie od przewodnika z kolei, pojawią się zazwyczaj u psiaków, u których zachwiany został balans pomiędzy pobudzeniem, a wyciszeniem. To są te psiaki, które dzień spędzają nieustannie patrząc w twarz przewodnika, które bardzo szybko wpadają we frustrację. Często opisywane są jako „reaktywne” chociaż w istocie problem zazwyczaj leży w nieumiejętności regulowania napięcia i nieustannego poszukiwania dodatkowej stymulacji.

To zazwyczaj te psiaki, które były „nagradzane” smaczkiem czy zabawką za każde spojrzenie na przewodnika, których spacery polegały na nieustannym „odwracaniu uwagi” od otoczenia (oczywiście nieśmiertelnym smaczkiem, czy zabawką ;)), a w domu przewodnicy biegli do nich, przy pierwszym piśnięciu, czy wsunięciu piłeczki do ręki.

Źródło tego problemu często wydaje się trochę niezrozumiałe dla przewodników – przecież stosowane metody są pozytywne!
Pamiętajcie jednak, że to dawka czyni truciznę! Nieustanne aktywowanie systemu nagrody w mózgu w końcu doprowadzi, do rozwinięcia uzależnienia behawioralnego. To dokładnie ten sam mechanizm, który obserwujemy wśród np. hazardzistów, czy zakupoholików!

No dobra, czyli co zrobić?!

Trochę to frustrujące prawda? Dlaczego nie ma po prostu jednej, dwóch, czy choćby nawet i dziesięciu metod, czy technik, których wprowadzenie zagwarantuje nam wychowanie zdrowego, samodzielnego psa?!
No cóż, pewnie dlatego, że pies to nie matematyka 😉 I jak to z żywymi istotami bywa – najważniejszy jest złoty środek!

Budując autonomię u psa, zazwyczaj zaczynamy od podstaw – czyli instrukcji. Możemy naprowadzać, czy sugerować na różnorodne sposoby i strategie radzenia sobie, budujemy też kompetencje „dookoła”, takie jak np. kreatywność, podzielność uwagi, habituacja, socjalizacja i tak dalej i dalej.
Im starszy psiak, tym naszego udziału powinno być mniej. Pozwolenie psu na doświadczanie i popełnianie błędów (i ponoszenie ich konsekwencji! Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku), to w zasadzie istota budowania samodzielności.

To jest trochę to, co nazywam responsywnością. To znaczy, że przewodnik jest obok i może wesprzeć, ale robi to dopiero wtedy, kiedy widzi, że jego podopieczny naprawdę sobie nie radzi, albo jest na prostej drodze do podjęcia BARDZO głupiej decyzji 😉

To, co jest mniej intuicyjne, ale szalenie ważne w procesie „odklejania” psa, to po prostu… Stawianie granic! I nie do końca chodzi tu o fizyczne granice, które mechanicznie kontrolują psa (np. bramki, linki, smaczki wstawione pod nos) – chociaż na pewnych etapach pewnie okażą się one niezbędne. Dużo bardziej istotne jest wyznaczanie pewnych norm zachowania. Na przykład: nie pozwalanie na dojeżdżanie w emocjach innych zwierząt czy ludzi. Dbanie o właściwą ilość odpoczynku i wyciszenia. Budowanie przewidywalnych i jasnych zasad, obowiązujących w domu i na zewnątrz. I tak dalej 😉
To szczególnie istotne w przypadku psiaków, które już mają problem z nadprzywiązaniem, oraz u podrostków i nastolatków.

Nigdzie jednak nie zajdziemy, jeśli zapomnimy o jednym: psiaka budują sukcesy, nie porażki 😉 Jeśli większość sytuacji w życiu psa, kończy się na tym, że albo nie radzi sobie w ogóle, albo ostatecznie i tak przewodnik MUSI złapać za rączkę i przeprowadzić go przez sytuację, to trudno oczekiwać, że nauczy się jak radzić sobie samodzielnie!

Błędy mogą i muszą się zdarzyć, ale nie od razu Rzym zbudowano! Wyzwania powinny być wprowadzane stopniowo, w tempie w jakim rozwija się psiak. Nie wrzucamy naszego podopiecznego w warunki, w których wiemy, że na pewno sobie nie poradzi! A jeśli założyliśmy, że nasz pupil ogarnie i się pomyliliśmy – to wyciągamy wnioski 😉

Często taka praca wiąże się z pewnym poświęceniem – np. wychodzeniem na spacery o „pogańskich” porach 😉 Albo codziennym wywożeniu psiaka w miejsca, które będą lepiej dostosowane do jego potrzeb, niż to które mamy najbliżej. Albo przeorganizowaniu porządku dnia i własnego odpoczynku, tak by zmieścić w nim więcej czasu poświęcanego czworonogowi. Albo mnóstwo-mnóstwo innych modyfikacji i „poświęceń”, których będzie od nas wymagał nasz podopieczny.

Ale w końcu bez pracy, nie ma kołaczy! I jak to zazwyczaj w życiu bywa – to, co nam się wydaje tym „minimum socjalnym”, to tak naprawdę ten szczyt-szczytów, który chcemy osiągnąć 😉